Ujawnia się wtedy jego wrażliwość na sztukę. Judym dostrzega kontrast między posągiem Wenus z Milo, symbolizującym piękno i miłość a obrazem Pierre’a Puvisa de Chavannes’a „Rybak”, przedstawiającym biedę, ból i poniżenie. Po powrocie do Warszawy, Judym chce wcielić swoją koncepcję zawodu lekarza w życie.
Z bohaterem powieści spotykamy się w momencie, gdy znudzony wędruje ulicami Paryża. Od roku odbywa w tym mieście praktykę lekarską, wolny czas spędza samotnie. Uciekając przed zgiełkiem ulicy postanawia odwiedzić Luwr. Wewnątrz muzeum jego uwagę przyciąga posąg Wenus z Milo - symbol klasycznego piękna i zmysłowości.
9Rfl3. Wenus z Milo - symbol piękna harmonii i szczęścia. W powieści odzwierciedla piękno świata ludzi bogatych, świata do którego chciał należeć Judym. Rybak - obraz francuskiego malarza, symbolizujący ludzkie cierpienie, nędzę i krzywdę społeczną. W powieści stanowi kontrast w zestawieniu z rzeźbą Wenus i symbolizuje świat ludzi biednych. Kwiat tuberozy - symbol bezużytecznego piękna. Został do niego porównany Karbowski - lekkoduch, kanciarz, człowiek z towarzystwa, który poza własnymi potrzebami, nie dostrzega nic artykuł aby odblokować treśćWenus z Milo - symbol piękna harmonii i szczęścia. W powieści odzwierciedla piękno świata ludzi bogatych, świata do którego chciał należeć Judym. Rybak - obraz francuskiego malarza, symbolizujący ludzkie cierpienie, nędzę i krzywdę społeczną. W powieści stanowi kontrast w zestawieniu z rzeźbą Wenus i symbolizuje świat ludzi biednych. Kwiat tuberozy - symbol bezużytecznego piękna. Został do niego porównany Karbowski - lekkoduch, kanciarz, człowiek z towarzystwa, który poza własnymi potrzebami, nie dostrzega nic wypracowaniaEmigracja w "Ludziach bezdomnych"“Ludzie bezdomni” młodopolska powieść Stefana Żeromskiego zawierająca w sobie elementy różnych epok: naturalizm, obecny w opisach fabryk, symbolizm sam jej tytuł jest symbolem ponieważ autor nadał bezdomności ukryte znaczenie. Utwór porusza także problemy społeczne takie jak: kryzys, wyzysk, samotność bieda, czy konieczność emigracji ta ostatnia jest obecna w życiu każdego bohatera i powoduje tytułową bezdomność. Wiktor Judym to starszy brat Tomasza mieszka w ciasnym mieszkaniu w Warszawie przy ulicy Cieplnej razem z żoną Teosią, dwójką dzieci i domu w „Panu Tadeuszu” i „Ludziach bezdomnych”Pojęcie domu w „Panu Tadeuszu” a „Ludziach bezdomnych” pojmowane jest zupełnie inaczej i konotuje różne skojarzenia. W dziele Adama Mickiewicza dom kojarzony jest bardzo pozytywnie, to ostoja rodzinnego ciepła i tradycji dająca poczucie bezpieczeństwa. Tadeusz wraca do dworku w Soplicowie z radością, szuka w nim wspomnień z dzieciństwa. U Mickiewicza dom to także miejsce ściśle materialne, w którym każdy mebel czy przedmiot ma swoją historię. Portrety wiszące na ścianach domu Tadeusza przedstawiały wielkich polskich patriotów i były nauką o dziejach fabryki,huty oraz kopalnie w ,,Ludziach bezdomnych" Stefana Żeromskiego to postęp i nowoczesność czy piekło dla pracujących tam ludzi?-PodsumowanieFabryki,huty oraz kopalnie w ,,Ludziach bezdomnych" z jednej strony są piekłem dla pracujących tam ludzi ale z drugiej nowoczesnością i pracy powinno być dla pracujących przyjemnym miejscem,lecz w powieści Stefana Żeromskiego tak nie jest. Miejsce pracy odstrasza, pracuje sie tam źle i niekomfortowo, do tego pracujący są wykorzystywani, nie mają pomocy lekarskiej oraz dostają mało pieniędzy za ciężką drugiej strony jednak opisy maszyn, które są potęgą świadczą o nowoczesności i postępie w EMIGRANTA W „LUDZIACH BEZDOMNYCH” STEFANA ŻEROMSKIEGO. ROZWIŃ TEMAT, ANALIZUJĄC PODANY FRAGMENT. WYKORZYSTAJ WIEDZĘ O INNYCH BOHATERACH UTWORU, ZWRÓĆ UWAGĘ NA PRZYCZYNY powieści „Ludzie bezdomni” Stefana Żeromskiego obrazuje doskonały przykład politycznego i społecznego emigranta. Jest nim Wiktor Judym, brat głównego bohatera Tomasza. Jest to człowiek spracowany, niepokorny, a także zbuntowany. Nie potrafi ugiąć się przed zwierzchnikami i pracodawcami. Postawa ta jest spowodowana okropnymi warunkami pracy. W zakładach unosił się dym, pomieszczenia były ciasne, a pracownicy byli narażeni na utratę życia, ponieważ obowiązki bezpieczeństwa i higieny pracy były nieprzestrzegane. Mimo tak ciężkich realiów, robotnicy nadal byli nazywani bezmyślnymi maszynami, które jedynie wykonują polecenia, a pensja nie pozwoliła na utrzymanie w „Ludziach bezdomnych” Stefana ŻeromskiegoJedną z najbardziej znanych książek Stefana Żeromskiego są “Ludzie bezdomni”. Tytuł może mieć wielorakie znaczenie. Nie posiadać domu nie znaczy wyłącznie “nie mieć gdzie mieszkać”. Słowo dom można odczytać na wiele sposobów; dom jako ostoja, dom jako rodzina, dom jako prywatna ojczyzna czy wreszcie w dosłownym znaczeniu: dom jako budynek. Którą bezdomność chciał Żeromski przedstawić w swoim utworze? Analizowany fragment przedstawia rozmowę Judymowej ze swoim mężem Wiktorem. Scena przedstawia pożegnanie. Wiktor wyjechał w poszukiwaniu nowej pracy, żona wraz z dziećmi pojechała razem z nim, by zaraz potem wracać.
Powieść Stefana Żeromskiego „Ludzie bezdomni” napisana została w okresie pozytywizmu. Jednak widać w niej również zapowiedź estetyki młodopolskiej. Objawia się to między innymi w bardzo intensywnym wykorzystaniu w dziele symboli. Autor komentuje za ich pomocą akcję i poczynania bohaterów. Ważna symbolika pojawia się już w pierwszym rozdziale „Ludzi bezdomnych”. Widzimy w nim młodego Tomasza Judyma, głównego bohatera. Zwiedza on Luwr i przygląda się dwóm dziełom – Wenus z Milo i francuskiemu współczesnemu płótnu, przedstawiającemu rybaka. Co to oznacza i dlatego Żeromski wybiera akurat tę rzeźbę i ten obraz? Wenus z Milo budzi jasne skojarzenia. To klasyczna sztuka, wspaniałe dziedzictwo starożytności. A te już od średniowiecza uchodzą za przejaw poczucia dobrego smaku, wyczucia harmonii i ładu. To wręcz całe piękno świata, skupione w kawałku wyrzeźbionego marmuru! Jakimż kontrastem jest więc obraz z rybakiem! Ukazuje on człowieka pełnego bólu i trosk, trudzącego się, by zarobić na życie. Nie ma co się oszukiwać – rybak nie wzbudza zachwytu, jest brzydki, w jego zmęczonych rysach nikt nie odnajdzie zapisanego przedwiecznego piękna. Ale zasługuje on też na współczucie – właśnie z powodu swej pokraczności i cierpienia. Tomasz Judym znajduje się między tymi dziełami i nie ma świadomości, że symbolizują one dwa bieguny jego duszy. Z jednej strony Judym jest więc dzieckiem warszawskiej biedoty, które zdobyło edukację i ma szansę wejść do klas wyższych. Może się dorobić, czytać mądre książki, nosić piękne stroje i poślubić wyrafinowaną kobietę – jest więc „rybakiem”, który pragnie znaleźć się w towarzystwie „Wenus”, wręcz stać się „Wenus”. Z drugiej wszakże strony, wydaje się, że zachwyt nad pięknem starożytnej rzeźby nie jest tak silny, jak współczucie, które bohater odczuwa dla cierpiącego człowieka. Wenus to piękno nieludzkie, doskonałe, ale odległe – cierpiący ludzie są na wyciągniecie ręki i błagają o pomoc. W tej scenie widzimy już przyszłe losy Judyma. Klamra kompozycyjna zamyka powieść – na końcu pojawia się kolejny symbol, rozdarta sosna. I ona ukazuje wewnętrzne problemy bohatera. Różnica jest taka, że w muzeum dylematy nie były tak wyraźne – rozdarta sosna mówi nam zaś jasno, że do tego czasu Judym zaczął odczuwać z ich powodu prawdziwe cierpienie. Symbolizm jest istotny w „Ludziach bezdomnych”. Pozwala nam lepiej poznać wnętrze głównego bohatera. Dzięki Wenus z Milo, rybakowi i rozdartej sośnie znacznie łatwiej zrozumieć dylematy Judyma i wczuć się w jego położenie. Rozwiń więcej
>, ze studentkami, z białogłowami jednym słowem, co się nazywa. Ale z tymi! To jest tak jakby wiek dziewiętnasty, podczas kiedy ja żyję jeszcze z prapradziadkami na początku osiemnastego. Nie posiadam sztuki rozmawiania, zupełnie jakby pisarz prowentowy chciał układać dialogi á la Lukian dlatego, że umie pisać piórem... Nie bawiłbym się, tylko bym dbał, żeby nie zrobić czegoś z szewska. Może to i lepiej... Ach, jak to dziwnie... Każda z tych bab tak jakoś żywo interesuje człowieka, każda; nawet ta stara; to istota nowoczesna, wyobrazicielka tego, co tytułujemy kulturą. A ja, cóż ja... szewczyna..." - Nie powiedziałam, że doktorek będzie już na nas czekał! - zawołała tuż za nim panna Wanda. Judym odwrócił się prędko i ujrzał przed sobą wszystkie cztery znajome. Twarze ich były wesołe. Wśród miłej rozmowy panie wdrapały się na imperial, Judym z precyzją windował tam babcię. Gdy się znalazły tak wysoko, przed oczyma ich ukazała się ruchliwa toń Sekwany. Pędziła między granitowymi brzegi zdyszana, udręczona, jakby w ostatnim wysiłku robiła bokami. Nieczysta, zgęstniała, bura, prawie ciemna woda, w której chlupały parostatki rycząc co chwila, sprawiała smutne wrażenie, jak niewolnica, której szczupłe ręce obracają ciężkie żarna. - Jaka mała, jaka wąska... - mówiła panna Joanna - Phi!... wygląda jak wnuczka Wisły! - Zupełna karykatura Izary... - rzekła panna Natalia. To prawda! Panno Netko, pamięta pani Izarkę, Izunię, naszą jasnozieloną, czystą jak łza... - unosiła się panna Wanda. - Ech, jak łza... - wtrącił Judym - Co, nie wierzy pan! Babciu, ten pan formalnie wyznał, że nie wierzy w czystość Izary. - Rzeczywiście, jakaż to okropna woda! - mówiła wiekowa dama usiłując zamazać co prędzej ostatnie słowa panny Wandy, które nie wiedzieć czemu wywołały rumieniec jak przelotny obłoczek na twarzy panny "Netki". W chwili kiedy Judym zamierzał spełnić coś statystycznie- uczonego o wodzie Sekwany, tramwaj beknął przeciągle i wyginając swe wagony na zwrotnicach, niby członki długiego cielska, posunął się wzdłuż brzegu czarnej rzeki. Gałęzie kasztanów z długimi liśćmi kołysały się tuż obok twarzy jadących. Sadza i ostre pyły miejskie wżarły się już w jasną zieloność miękkich powierzchni i obłóczyły je z wolna jak gdyby w śniedź rudawą. Dzień był chmurny. Co chwila przemykały się nad okolicą już to głębokie cienie obłoków, już popielate światło zasępionego przedpołudnia. Ale nikt na to uwagi nie zwracał, gdyż przyciągały wszystkę domki z różowego kamienia na przedmiejskich ulicach. - Cóż to za kamienie? Co za kamienie, panie, panie? - nastawała panna Wanda. Zanim jednak zdążył zebrać myśli, już mu dała pokój, z uśmiechem zwracając głowę w przeciwną stronę. Nad ogrodami, które ze wzgórza zbiegały tam ku rzece, unosił się i wypełniał całe powietrze zapach róż upajający, rozkoszny... Gdzieniegdzie między drzewami widać było ogromne rabaty przebijające się na zewnątrz zielonej zasłony płomieniem pąsowej i żółtej barwy. Judym obserwował twarze swych pań. Wszystkie nie wyłączając staruszki były jakby natchnione. Zwracały się mimo chęci w kierunku źródła prześlicznej woni i z przymkniętymi powiekami, z uśmiechem na wargach wciągały ją nozdrzami. Szczególniej twarz panny Natalii przykuwała w owej chwili jego uwagę. Ta istota, pochłonięta przez zapach różany, zdawała się być niby jasny motyl, dla którego ten kwiat został stworzony i który sam jeden ma do niego tajemnicze prawo. Spomiędzy ogrodów wydzierały się tu i ówdzie sczerniałe mury i kominy fabryk, podobne do wstrętnego kadłuba i obmierzłych członków jakiegoś pasożyta, który z brudu się rodzi i nim żyje. Nad wodą i daleko wzdłuż brzegu wlokły się domy przedmieścia biedne, ordynarne i małe. W pewnym miejscu otworzył się przed wzrokiem, jak czeluść, skład węgla roztrząsający na sąsiednie ściany, drzwi i okna swój czarny oddech. Daleko w przestrzeni widać było przymglony las Meudon. - Cóż pani się najbardziej podobało w Paryżu?- rzekł Judym do panny Natalii, która obok niego siedziała. Było to jedno z zapytań przygotowanych jeszcze wczoraj, jak lekcja. - W Paryżu? - mówiła rozciągając ten wyraz z uśmiechem na ślicznych wargach. - Podoba mi się, to jest sprawia mi przyjemność, wszystko... Ruch, życie... Jest to jak burza! Na przykład w okolicy Gare Saint-Lazare - nie wiem, jak się ta ulica nazywa gdy się jedzie w powozie i gdy się widzi tych ludzi pędzących trotuarami, te fale, fale... Hucząca powódź... Raz widziałam powódź okropną u stryja, w górach. Woda nagle wezbrała... Wtedy chciało się wołać na nią: wyżej, prędzej, leć! Tu to samo... - A pani? - zapytał Judym pannę Wandę. - Mnie... to samo... - mówiła prędko - a oprócz tego Louvre. Tylko nie ten malowany. Fe!.. Wać pan, tamten. Teraz, rozumie się, skieruje pan swoje pytanie do "ciotki" Joasi, chociaż od nie trzeba było zacząć, bo ona jest nauczycielką i kochaneczką. Widzi jegomość - mała rzecz, a wstyd. Otóż ja panu powiem. Pannie Joasi podoba się primo "Rybak" secundo "Myśl", trzecio "Wenus", czwarto... Zresztą nam się wszystkim ogromnie podoba i "Rybak" i "Myśl"... Babci... - Cóż to za myśl? - To pan tego nawet nie wie! A wiecie co... "Myśl" wymalowana, w nowym ratuszu. Z zamkniętymi oczami, chuda, młoda dla mnie osobiście wcale nieładna. - Ach, w ratuszu... - W ratuszu, ach... Teraz "Rybak" w galerii jakiej to?.. - Właśnie ciekawi jesteśmy, w jakiej? O to nam tylko chodzi.. w jakiej... - wtrąciła babka. - Zaraz... Myśli babunia, że takiego głupstwa nie wiem. O, przeprasza się delikatnie szanowną publiczność: za Sekwaną, w tym ogrodzie, gdzie to woda i te kaczki z czubami... - Luksemburskim... - szepnęła panna Natalia: - W Ogrodzie Luksemburskim! - Zna pan "Rybaka" Puvis de Chavannes'a?- rzekła panna Podborska. - "Rybaka"? nie przypominam sobie... - Taki z pana znawca i paryżanin - drwiła panna Wanda wydymając wargi ze - Alboż to ja jestem znawca i paryżanin? Ja jestem pospolity chirurg... Kiedy to mówił, ukazał mu się obraz, o którym była mowa. Widział go przed rokiem i uderzony niewypowiedzianą siłą tego arcydzieła zachował je w pamięci. Z czasem wszystko, co stanowi samo malowidło, szczególną rozwiewność barw, rysunek figur i pejzażu, prostotę środków i całą jakby fabułę utworu, przywaliły inne rzeczy i zostało tylko czujące wiedzenie o czymś nad wszelki wyraz bolesnym. Wspomnienie owo było jak mętne echo czyjejś krzywdy, jakiejś hańby bezprzykładnej, której nie byliśmy winni, a która przecie zdaje się wołać na nas z ziemi dlatego tylko, że byliśmy jej świadkami. Panna Joanna, która rzuciła pytanie o "Rybaka", siedziała na końcu ławki za obydwiema panienkami i babcią. Czekając odpowiedzi wychyliła się trochę i uważnie przyglądała Judymowi. Ten, z konieczności, patrząc w te oczy jasne, prawdziwie jasne, podniecony ich wynurzeniem zachwytu, które zastępowało w zupełności tysiąc słów opisu płótna Puvis de Chavannes'a, zaczął przypominać sobie nawet barwy, nawet pejzaż. Uniesienie tych oczu zdawało się przytaczać mu obraz, podpowiadać dawno zatarte wrażenie. Tak, pamiętał... Chudy człowiek, a właściwie nie człowiek, lecz antropoid z przedmieścia wielkiej stolicy, obrosły kłakami, w koszuli, która się na nim ze starości rozlazła, w portkach wiszących na spiczastych kościach bioder, stał znowu przed nim ze swą podrywką zanurzoną w wodę. Oczy jego spoczywają niby to na pałąkach trzymających siatkę, a jednak widzą każdego człowieka, który przechodzi. Nie szukają współczucia, którego nie ma. Ani się żalą, ani płaczą. "Oto jest pożytek wasz ze wszystkich sił moich, z ducha mojego..." - mówią doły jego oczu zapadłych. Stoi tam ten wyobraziciel kultury świata, przerażający produkt ludzkości. Judym przypomniał sobie nawet uczucie zdumienia, jakie go zdjęło, gdy słyszał i widział wrażenie innych osób przed tym obrazem. Skupiały się tam tłumy wielkich dam, strojnych i pachnących dziewic, mężczyzn w "miękkie szaty odzianych". I tłum ten wzdychał. Łzy ciche płynęły z oczu tych, którzy tam przyszli obarczeni łupami. Posłuszni rozkazowi nieśmiertelnej sztuki przez chwilę czuli, jak żyją i co stwarzają na ziemi. - Tak - rzekł Judym - prawda, widziałem ten obraz Puvis de Chavannes'a w Galerii Luksemburskiej. Panna Joanna cofnęła się za ramię pani Niewadzkiej. Doktor ujrzał tylko jej białe czoło otoczone ciemnymi włosami. - Jak tam panna Netka beczała... Jak beczała!... szepnęła Judymowi panna Wanda prawie do Zresztą my wszystkie... Mnie samej leciały z oczu łzy takie ogromne jak groch z kapustą. - Ja nie mam zwyczaju... - uśmiechnęła się panna Natalia. - Nie? - spytał doktor, leniwie mierząc ją wzrokiem. - Bardzo mi żal było tego człowieka, szczególniej tych jego dzieci, żony... Wszystko to takie chude, jakby wystrugane z patyków, podobne do suchych witek chrustu na pastwisku... - mówiła rumieniąc się a jednocześnie z uśmiechem przymykając oczy. - Ten "Rybak" zupełnie podobny jest do Pana Jezusa, ale to jak dwie krople wody. Niech babcia powie... - "Rybak"? A tak, podobny, istotnie... - mówiła stara pani, zajęta rozpatrywaniem krajobrazu. Tramwaj wjechał w ulicę miasteczka Sévres i zatrzymał się przed piętrowym domem. Podróżni z imperialu mogli zajrzeć wprost do numerów austerii. Nie był to widok dla panien. Pijany żołnierz, w kepi na bakier, obejmował wpół wstrętną dziewczynę i para ta wychyliwszy się z okna robiła do jadących małpie miny. Na szczęście tramwaj puścił się w dalszą drogę. Ledwie wydostał się za ostatnie domy mieściny, na pustą i smutną przestrzeń w szczerym polu, ściemniło się raptem. Zerwał się ostry wiatr. Las najbliższy oblókł się w jakąś szarą ciemność i wkrótce gęsty, gruby deszcz sypnął jak ziarno. W wagonach powstała panika. Smugi deszczu, wdzierały się pod daszek tnąc z boku i zalewały ławki. Wszystkie panie zbiły się w gromadkę i w miejscu najbardziej zasłoniętym otuliły się sukniami, ile mogły. Judym po rycersku osłaniał je od deszczu swoją figurą. Gdy tak stał, plecami wsparty o poręcz, zauważył wysuniętą z głębi mnóstwa skupionych sukien czyjąś nóżkę. Stopa w płytkim lakierowanym pantofelku na wysokim obcasie wspierała się o żelazny pręt balustrady, a wysmukła noga w czarnej, jedwabnej pończosze odsłonięta była daleko. Judym przemyśliwał, komu należy przypisać ten uroczy widok. Poczytywał go za wynik trafu i nieuwagi, toteż lękał się wznieść oczy i tylko z cienia rzęs spełniał złodziejstwo z włamaniem się i premedytacją. Pociąg wszedł w olbrzymią aleję wersalską. Rozrosłe, odwieczne drzewa zasłoniły nieco podróżnych od deszczu Panie starały się jako tako otrząsnąć i wygładzić swe szaty. Śliczna nóżka nie znikała. Krople deszczu pryskały na błyszczącą skórę strącając niby uderzeniami palców lekki pył z krótkiej przyszwy i ginęły w miękkim jedwabiu. Judym wiedział już teraz, czyja to własność. Podniósł oczy na twarz panny Natalii i uczuł, jak zatapiają się w nim zimne kły rozkoszy. Panienka miała, jak zwykle, oczy spuszczone Czasami tylko jej brwi, dwie linijki nieznacznie zgięte, unosiły się nieco wyżej, niby dwie dźwignie ciągnące do góry uparte powieki. Na wargach, z których dolna była leciutko odchylona, stał uśmiech nieopisany, uśmiech pełen jadu i swawoli. "Ach, tak..." - myślał Judym przypatrując się tej twarzy szczególnej Panna Natalia wyczuła wzrok jego. Barwa jej policzków przeszła w bladość, która, zdawało się, roztopiła w sobie uśmieli otaczający usta. Wówczas jeszcze bardziej modrymi stały się cienie dokoła zamkniętych oczu i ostrzejszą linia chrząstkowatego nosa. Tramwaj zajechał dość szybko na plac przed pałacem wersalskim i podróżni spiesznie opuścili jego obmokłą górną platformę. Doktor zdobył i utorował dla swych towarzyszek miejsce w małej budce stacyjnej, gdzie wbiło się tyle osób, że literalnie trudno było poruszyć ręką. Zdarzyło się, że doktor Tomasz stał za plecami panien Joanny i Natalii. Reszta pasażerów tramwaju tłocząc się do budyneczku w rejteradzie przed deszczem wprost złożyła ciało ostatniej z tych panien na piersiach Judyma. Twarz jej znajdowała się tuż obok jego wąsów. Rozstrzępione przez modę i deszcz płowe włosy panny Natalii snuły się po jego twarzy, ustach, oczach, wywołując wstrząsające dreszcze. W całym zgromadzeniu panowało milczenie. Przerywał je tylko ciężki oddech jakiegoś astmatycznego grubasa. Deszcz nieprzerwanymi strugami, z chlupaniem ściekał z daszka i zasłaniał otwarte drzwi jakby ciemną kotarą. W pewnej chwili panna Natalia usiłowała poruszyć się, ale tylko lewym ramieniem oparła się na barku Judyma. Wówczas jeszcze wyraźniej zarysował się przed jego rozmarzonymi oczyma profil jej twarzy. Chciała o czymś mówić, ale tylko uśmiechnęła się prędko... W pewnej chwili uniosła wiecznie spuszczonych powiek i przez moment czasu śmiało, badawczo, upajająco patrzała mu w oczy. Tuż obok drzwi stała pani Niewadzka. Miała najwięcej ze wszystkich powietrza, a mimo to dech jej był ciężki, a twarz mocno czerwona. - Wiecie wy, moje pannice - rzekła swym szeptem donośnym - że wolałabym moknąć na deszczu, niż łykać oddechy tych m a r s z a n d e w e n ó w. - Skądże babcia wie, że to są marchands de vin ? - Bagatela! - rzekła staruszka błyskając wypukłymi oczyma. - Dmą mi wprost na twarz dwie skwaśniałe piwnice i jeszcze się będzie pytała, skąd wiem... Mówiła to do panny Wandy, ale Judym słyszał ich rozmowę. Co do niego, to nie miał wcale zamiaru przekładać deszczu nad ścisk w lokalu tramwajowym, Rzekł jednak do pani Niewadzkiej po polsku: - Moglibyśmy rzeczywiście prędko przebyć plac. To blisko.., Ale panie zmokną... Nie mamy nawet parasola... Mówiąc te słowa podał się nieco naprzód, jak gdyby miał zamiar wyprowadzić starszą panią z tłumu. Wtedy całe jego ciało zetknęło się z ciałem panny Natalii, odzianym w delikatne, wiotkie suknie. Rozpłomienionymi oczyma wpatrywał się w blade, zimne, kamienne rysy twarzy o spuszczonych powiekach. Deszcz z wolna ustawał i tylko z rynny sąsiedniego domu zlewała się z nieustającym głośnym szelestem struga wady. Kilku mężczyzn uzbrojonych w parasole wysunęło się z domku. Wolnego miejsca przybyło, a mimo to panna Natalia przez zachwycającą chwilę nie zmieniała swej sytuacji. Wreszcie i ona posunęła się ku drzwiom w ślad za młodszą siostrą, która już przez wyciąganie rąk na zewnątrz drzwi badała, czy deszcz jeszcze pada. Nim ustał zupełnie, zaświecił na chwilę wesoły blask słońca. Kamienie pochyłego placu migotały jakby obsypane szkłem tłuczonym, a widok ten wywabił wszystkich z ciasnej nory. Judym podał ramię babci i całe towarzystwo szybko podążyło ku pałacowi. W długich i wielkich salach, wobec ścian zawieszonych historycznymi malowidłami, jednolita gromadka jak gdyby się rozdzieliła. Każda z osób przypatrywała się na swoją modłę lichym płótnom niższego piętra. Wkrótce te malunki poczęły nużyć. Judym szedł jak gdyby przez długie, długie strzyżone aleje i martwił się bezwiednie, że końca ich - ani śladu. Był już zresztą w Wersalu, więc ani komnaty królewskie, ani sala lustrzana nie zaciekawiały go bardzo. Stąpał wolno po prawicy starej damy, która stawała co kilka kroków i przykładając do oczu lornetkę na długiej rączce szylkretowej niby to obserwowała malowidła. Szereg bitw Napoleońskich, tłumy wojska, teatralne twarze i gesty wodzów, dzikie spienione rumaki - przesuwały się w oczach doktora jakby szeregi odległych, młodzieńczych rojeń. Gdzieś daleko zatrzymano się przed białym, marmurowym posągiem umierającego Korsykanina. Kiedy całe towarzystwo wracało z tamtej okolicy pałacu i kiedy znowu mijano sale pełne batalii, stara pani ujęła wpół pannę Joannę i rzekła: - Jesteśmy daleko stąd, w świecie bohaterów... Marzymy, marzymy. Panna Joanna zarumieniła się, a raczej sczerwieniła się, i zmieszana bąkała: - Nie... ale gdzież tam!... co znowu!... Ja tylko tak sobie... Od tej chwili, pomimo że Judym bardzo niewidocznie ją śledził, trzymała się na wodzy i usiłowała spędzić z twarzy historię doznanych wrażeń. Szczegółowo zwiedzono apartamenty królewskie. Gdy już pani Niewadzka z miną bardzo uroczystą wysłuchała wszystkiego, co jej rozpowiadał z nadzwyczaj plastycznymi ruchami oprowadzający szwajcar, i gdy obszedłszy małe saloniki skierowała swe towarzystwo ku wyjściu, panna Wanda obejrzała się poza siebie i syknęła: - Panno Netko, idziemy! Judym poszedł za wzrokiem najmłodszej z dziewic i przypatrzył się pannie Joannie. Stała oparta o jedno z niewielkich krzeseł, kryte nikłym błękitnawym adamaszkiem, i patrzyła w okno. Wyraz twarzy jej był tak dziwny, że Judym wstrzymał się mimo woli. Później zbliżył się do niej i rzekł nawiązując myśl do tego, co portier mówił przed chwilą: - Myśli pani o Marii Antoninie ? Spojrzała na niego z zakłopotaniem, jak osoba ujęta na gorącym uczynku, i wahającym się głosem mówiła: - Widać stąd, przez to okno, wielki dziedziniec i bramę. Tamtędy... Tamtędy wdarł się motłoch. Pijane kobiety, mężczyźni uzbrojeni w noże. Maria Antonina widziała z tego okna! Doznałam tak dziwnego wrażenia... Cały ten straszny tłum krzyczał: "Śmierć Austriaczce!" I tędy, tymi drzwiami uciekła tędy uciekła... - Panno Joasiu... - nawoływano. - Ale wspomniała pani o wrażeniu. - Wspomniałam o wrażeniu... - mówiła spuszczając oczy i blednąc jeszcze bardziej. - My, proszę pana, jesteśmy bardzo tchórzliwe. Boimy się nie tylko na jawie, ale i w tak zwanych marzeniach. Ja zlękłam się bardzo tego motłochu, o którym właśnie myślałam. - Motłochu? - mówił Judym - Tak... To jest krzyku ich. Zlękłam się, sama nie wiem, czegoś takiego... Podniosła oczy niewinne, o przedziwnym jakimś wyrazie strachu czy boleści. Jeszcze raz rzuciła na małe izdebki wejrzenie pełne serdecznego żalu i poszła prędko za towarzyszkami. W powrocie z Wersalu do Paryża koleją zatrzymano się w Saint-Cloud. Stanąwszy na wzgórzu, tuż za dworcem kolejowym, panny wydały okrzyk. U nóg ich leżała, ciągnąc się w głąb kraju i gubiąc w rudych mgłach, pustynia kamienna: - Paryż. Barwa jej była czerwonawa, ryża, tu i ówdzie rozdarta przez dziwaczny znak ciemny, przez Łuk Tryumfalny, wieże kościoła Notre-Dame albo wieżę Eiffla. Z krańców niedościgłych dla oka mgły zabarwiały się błękitnawymi smugi. Stamtąd płynęły dymy fabryczne snując się z kominów podobnych w dali do grubych biczysk. Te baty pędzą rozrost pustyni. Odgłos jej życia tam nie dochodził. Wydawało się, że skonała i zastygła w swej kamiennej, chropawej formie. Jakieś dziwne wzruszenie ágarnęło przybyłych, wzruszenie takie, jakiego doświadcza się tylko na widok wielkich zjawisk przyrody: w górach, pośród lodowców albo nad morzem. Judym siedział obok panny Tali, ale nawet a tym sąsiedztwie zapomniał. Tonął oczyma w Paryżu. W głowie jego przegryzały się myśli bez związku, własne, niepodzielne, niżej świadomości stojące postrzeżenia, z których się zwierzyć człowiek nie jest w możności. Wtem zadał sobie wyraźne pytanie: "Dlaczegóż tamta powiedziała, że się zlękła wyjrzawszy oknem z sypialni Marii Antoniny?" Oderwał oczy od widoku miasta i chciał znowu przypatrzeć się pannie Joasi. Teraz dopiero lepiej zauważył, jaki jest jej profil Broda miała kształt czysto sarmacki czy kaukaski . Wysuwała się nieco, a w taki sposób, że między nią i dolną linią nosa tworzyła się jakby prześliczna parabola, w głębi której kwitły różowe usta. Gdy tylko rysy twarzy rozwidniał blask wrażenia, w mgnieniu oka wargi stawały się żywym ogniskiem. Wyraz ich zmieniał się, potężniał albo przygasał, ale zawsze miał w sobie jakąś szczególną siłę prawdziwej ekspresji. Patrzącemu przychodziła do głowy myśl uparta, że nawet impuls zbrodniczy odzwierciedliłby się w tej twarzy z taką samą szczerością jak radość na widok rozkwitłych irysów, wesołych barw krajobrazu, dziwnych fantazji malarskich, a również na widok pospolitych przedmiotów. Widać było, że każda rzecz staje wobec tych oczu jako zjawisko naturalne i dobre. Czasami jednak przebijała się m nich zmęczona niechęć i uśmiech zabity. Ale i w tym było coś dziecięcego: szczerość, szybkość i potęga. Jak wyraz twarzy, tak samo ruchy panny Joanny miały w sobie coś... niepodobnego... Jeżeli chciała oddać słowami to, co czuła, bardzo żywo, prędko, na mgnienie oka wznosiła ręce, a przynajmniej brwi, jakby uciszała wszystko zdolne zagłuszyć ową melodię jej myśli, wyrazów, uśmiechów i poruszeń ciała. "Kogo ona przypomina? - myślał doktor, od niechcenia patrząc na jej czoło i oczy. - Czym jej nie widział gdzie w Warszawie?" I oto przyszło mu do głowy miłe a nielogiczne notabene, że ją przecie widział wczorajszego dnia przed tym białym uśmiechniętym posągiem... Na dworcu Saint Lazare rozstał się z turystkami: Stara pani zawiadomiła go, że nazajutrz wyjeżdża ze swą "bandą" do Trouville, a stamtąd do Anglii. Judym pożegnał je ostentacyjnie i wrócił trochę znużony do swojej klety.